infobae.com / mł. Czy Kościół jest gotowy, by zmienić praktykę celibatu? Tak zasugerował portal Onet.pl w tekście omawiającym urywek z wywiadu, którego papież udzielił argentyńskiemu portalowi Infobae.com. Sprawdzamy, co dokładnie powiedział papież. "Papież Franciszek zasugerował, że Kościół jest gotowy na to, by
Franciszek mówił o tym podczas Mszy na stadionie Vélodrome w Marsylii. Papież przestrzegał przed tragicznym „eliminowanie ludzkiego życia, które dziś jest odrzucane w wielu ludziach, którzy emigrują, a także w jakże wielu dzieciach nienarodzonych i w wielu opuszczonych osobach starszych”.
Dolors Massot - 05.05.23. Cóż to były za emocje! Papież poświęcił pierścionek zaręczynowy podczas audiencji ogólnej, która odbyła się 3 maja na Placu św. Piotra w Watykanie. Młody mężczyzna wykorzystał audiencję papieża Franciszka w środę, 3 maja, aby poprosić swoją dziewczynę o rękę. Wszystko wydarzyło się bardzo
Papież Franciszek jest w szpitalu, odwiozła go karetka. Jak podaje "Corriere della Sera", poczuł się źle, miał problemy z oddychaniem i z sercem. Wcześniej rzecznik prasowy Stolicy Apostolskiej Matteo Bruni informował, że duchowny trafił do placówki medycznej na "planowe badania". Do mediów regularnie docierają informacje o stanie zdrowia papieża Franciszka, który coraz
Główny artykuł: Franciszek (papież) Obecny papież jest miłym, starszym panem rodem z Argentyny. Przybrał imię Franciszek, co sugeruje, że będzie kontynuował dzieło św. Franciszka, czyli między innymi wspierał działalność na rzecz ubogich i potrzebujących.
Śledź na Vatican News wiadomości i informacje o działalności i codziennych spotkaniach Papieża Franciszka.
. Michel Onfray · Foto: Fronteiras do Pensamento / Wikimedia CC Po powrocie z Górskiego Karabachu filozof Michel Onfray udzielił właśnie wywiadu gazecie Les Nouvelles d’Arménie, która pisze dla ormiańskiej diaspory we Francji. Les Nouvelles d’Arménie: Jak możemy scharakteryzować to, co właśnie wydarzyło się w Artakh [armeńska nazwa Górskiego Karabachu]? Michael Onfray: Jest to kontynuacja ludobójstwa z 1915 r. za pomocą środków z początku XXI wieku: hiper-technologii powietrznej, takiej jak trutnie i bomby fosforowe, sprzedawane w szczególności przez Kanadę i Izrael, ale także przez lądowych dżihadystów powracających z Syrii, aby przeprowadzić dżihad z nożem. Jest to również wojna cywilizacji pomiędzy chrześcijaństwem, które jako pierwsze przyjęło Armenię, a islamem, który od czasu Hijry nie ukrywa swojego dążenia do osiedlenia się na całym świecie poprzez wojenne podboje. Postrzegam to jako potwierdzenie tez, które Samuel Huntington przedstawił w The Clash of Civilizations w 1996 roku. Armenia, która jest geograficznie w Azji, ale kulturowo w Europie, jest tektonicznie rzecz biorąc na linii tarcia płyt kulturowych. Les Nouvelles d’Arménie: Co cię najbardziej zaskoczyło lub zaimponowało w tym, co widziałeś? Michael Onfray: Widziałem zniszczone życie, ojca, który od tygodni nie miał wiadomości o swoim synu, córkę w domu po tym, jak dom, który kupił cztery dni wcześniej, wysadziła azerbejdżańska bomba, Żołnierze w strojach bojowych, bohatersko walczący w opuszczonej wiosce, strzelający, by odzyskać ormiański cmentarz, który wpadł w ręce Azerbejdżanu, młody i piękny porucznik, który mówi z uśmiechem, że ostatnia kula będzie dla nich, ale w międzyczasie wszyscy inni są przeznaczeni dla najeźdźców, kapłana, który mówi, że nie opuści swojego klasztoru, bez względu na cenę, żołnierzy, którzy wyszli z kościoła, gdzie zapalili małe świeczki wotywne ze łzami w oczach, starych Ormian, którzy, jak armia Syzyfa, usunęli rozbite szkło z wysadzonych budynków wczesnym rankiem, aby załadować je do ciężarówki, i żadnych oznak nienawiści. Tylko żal, że ta karna wyprawa, która jest konsekwencją ludobójstwa zaplanowanego przez Azerbejdżan, nie była prawdziwą wojną, w której naród ormiański mógł wykazać się odwagą i męstwem. Les Nouvelles d’Arménie: Czy ta wojna wykracza poza zderzenie integralności terytorialnej i prawa do samostanowienia, oficjalnych koncepcji, których domagają się obie strony? Michael Onfray: Tak, oczywiście, dla mnie jest to pierwsza bitwa wojny kulturowej, którą islamski imperializm Erdogan, wśród innych przywódców, prowadzi przeciwko kulturze chrześcijańsko-żydowskiej. To, co dzieje się w Armenii, należy umieścić w związku z atakami, które gromadzą się na europejskiej ziemi od dziesięcioleci. Datą narodzin tej obecnej wojny kulturalnej jest wyraźnie rok 1989, kiedy to Salman Rushdie został skazany na śmierć przez irańską fatwę za opublikowanie powieści, którą Ajatollah Chomeini potępił, nie przeczytawszy jej: Co zrobił Zachód, by się odwetować? Nic. Byli nawet francuscy intelektualiści, którzy usprawiedliwiali wezwanie do morderstwa… Les Nouvelles d’Arménie: Mówi się o zderzeniu cywilizacji, ale czy nie jest to również zderzenie podmiotu demokratycznego z dwoma autorytarnymi lub nawet dyktatorskimi podmiotami państwowymi, zwłaszcza w przypadku Azerbejdżanu? Michael Onfray: To nie wyklucza się wzajemnie: Demokracja jest etymologicznie siłą narodu. Od czasu Rewolucji Francuskiej, która zniosła teokrację i ogłosiła republikę, demokracja jest wyraźnie przeciwko teokracji – przynajmniej przeciwko ludziom, którzy roszczą sobie tę władzę. Islam jest fundamentalny i zasadniczo teokratyczny. Demokratyczna formuła islamu oznaczałaby przyjęcie wielu swobód z tekstem Koranu, w tym całkowite zerwanie z prawem szariatu. Postęp demokratyczny w krajach islamu nastąpił dopiero wtedy, gdy religia zeszła na drugi plan. Jeśli jest to wojna kulturowa, to gdzie w tej wojnie stoi świat zachodni? Jak możemy wyjaśnić na przykład nachalną skłonność chrześcijan we Francji i gazecie takiej jak La Croix? A czego Armenia może oczekiwać od Zachodu? Zachód jest straszny i tchórzliwy. Boi się gróźb i reaguje na ataki islamistów tylko świecami i wypchanymi zwierzętami, wierszami i piosenkami. Kiedy jego ludzie są masakrowani, głowa państwa podpisuje tę straszną mantrę uległości, którą odbierają środki masowego przekazu: „Nie będziesz miał mojej nienawiści“. Ale kraj, który mówi, że odpowie na swoją nienawiść pocałunkiem miłości, jest już martwy! Emmanuel Macron jest osobiście obrażony przez Erdogana, który kwestionuje jego zdrowie psychiczne, ale on nic nie robi i nic nie mówi. Francja jest zagrożona przez tego samego Erdogana, ale nie robi nic i nic nie mówi. Europa jest przedstawiana przez Erdogana jako przyszła strefa wojny, aby zainstalować terror dżihadu, ale Europa się nie rusza, nie robi nic, nie mówi nic. Francja jest posłuszna, jak Houellebecq powiedział nam już bardzo dobrze w swojej powieści o tym samym tytule. … Co do La Croix, lewicowej gazety katolickiej, której nie czytam, ponieważ jest bardziej lewicowa niż katolicka. … Jest oddana ideologii papieża Franciszka, który, gdybym był chrześcijaninem, powiedziałbym, że jest Antychrystem! Nigdy wcześniej papież nie zrobił tak wiele, aby przyspieszyć rozkład chrześcijaństwa. Benedykt XVI, który słusznie wypowiedział się w Ratyzbonie na temat relacji między islamem a chrześcijaństwem, wybrał rezygnację, i to nie bez powodu. … Towarzyszami są islamsko-lewicowa i ekumeniczna katolicyzm Soboru Watykańskiego II. Wystarczy spojrzeć na ostatnie deklaracje Melenchona, w których mocno poparł papieża Franciszka, gdy opublikował swoją najnowszą encyklikę „Fratelli Tutti“! Nie wiem, jak odpowiedzieć na twoje ostatnie pytanie: Gdyby Francja była prowadzona przez Gallistę zdolnego do przewodzenia europejskiej koalicji demokratycznej w imię wartości naszej kultury, pracowałaby na demokratycznym froncie, który natychmiast przyszedłby Armenii z pomocą. Jeśli Armenia nie będzie chroniona i broniona, to będzie bramą do naszego końca… Ale nie mamy głowy państwa Galicji! Macron jest nawet emblematycznym anty-gaulistą, zwolennikiem Francji rozwodnionej w Europie rynku, która ma służyć jako trampolina dla rządu planety. Ta rozwodniona Francja jest dodatkową korzyścią dla islamistów, którzy chcą jej upadku. Źródło:
Richard BennettW encyklice Papieża Franciszka, „Laudato Si’, mi’ Signore” („Niech będzie Ci chwała, mój Panie”): O Wspólnej Trosce O Nasz Dom Papież identyfikuje się jako „Ojciec Święty” i jako Chrześcijanin. Niemniej jednak, Franciszek naucza następującej rzeczy w tej encyklice:„W słowach tego pięknego kantyku, Święty Franciszek z Asyżu przypomina nam że nasz wspólny dom jest jak siostra z którą dzielimy nasze życie i cudowna matka która otwiera ramiona aby nas uścisnąć. ‘Niech będzie Ci chwała mój Panie, przez naszą siostrę, matkę ziemię, która utrzymuje nas kieruje nami i która wytwarza różnorodne owoce z ich barwnymi kwiatami i ziołami.’” [1]Czy Franciszek aprobuje ideę że raczej ziemia „rządzi nami” niż sam Pan? Biblia nigdzie nie nazywa ziemi „Matką” albo „Siostrą”. To jest opętańcza teologia zakorzeniona w „tajemniczej religii” Babilonu. Uosabianie ziemi, szczególnie jako kobiety, zawsze było znakiem pogańskiego i Szatańskiego kultu. Jak Alexander Hislop wskazuje,„Od zawsze było wiadomo że papizm był ochrzczonym pogaństwem; lecz Bóg teraz sprawia, że jest to widoczne, iż poganizm, który Rzym ochrzcił, jest we wszystkich istotnych kwestiach tym samym poganizmem, który panował w starożytnym literalnym babilonie…”[2]Papież Franciszek jest przede wszystkim jezuitą. Jako jezuita jest znany ze swojej lisiej przebiegłości. W trzecim paragrafie encykliki wyraźnie precyzuje kryzys i wskazuje swoje zamierzone grono odbiorców: „Teraz, jako że skonfrontowani zostaliśmy z globalnym pogorszeniem się stanu środowiska, chciałbym się zwrócić się do każdej osoby żyjącej na tej planecie… w sprawie naszego wspólnego domu”[3]. Później się okaże, dlaczego Papież Franciszek wyszedł z takim obrzydliwie pogańskim stwierdzeniem, jako część swojego rzekomo chrześcijańskiego PrawdaPrawda jest taka że na początku Bóg stworzył niebiosa i ziemię. I jak biblia mówi, „Ziemia zaś była bezładem i pustkowiem: ciemność była nad powierzchnią bezmiaru wód, a Duch Boży unosił się nad wodami.”[4] Odkładając na chwile te podstawowe słowa, Franciszek zamiast nich postanowił zacytować dwunastowieczne katolickie i (zarazem) pogańskie zrozumienie tej kwestii (prezentowane przez) św. Franciszka. Stąd, to nie może być przypadek, że Papież wybrał (imię) Franciszek. by odbyć swoje papiestwo rzekomo (w) łagodnych szatach Franciszka z nieprawda Ważnym faktem do przeanalizowania jest to, iż Papież Franciszek wierzy w swój absolutny autorytet. Własne nauczanie Rzymskiego Kościoła głosi, że najwyższy biskup, z tytułu swego urzędu, posiada nieomylny autorytet nauczania.[5] Jednakże, prawda jest taka, że tylko Jezus Chrystus posiada wszelką moc i autorytet nauczania, jako że sam Chrystus głosił: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi.”[6] Stąd też jezuita Franciszek, przyoblekając najpierw pogańskie szaty Franciszka z Asyżu, próbuje uzurpować boski autorytet w twierdzeniu, które jest całkowicie sfałszowane. Kolejny przykład tego Rzymsko-Katolickiego fałszowania autorytetu przez Papieża Franciszka widoczny jest w tym: Franciszek naucza, by komunikować się z Chrystusem przy pomocy mszy świętych i z Duchem Świętym przez sakramenty, włączając jego obecny pomysł że „Jako chrześcijanie, jesteśmy również wezwani, ‘by zaakceptować świat jako sakrament komunii, jako sposób dzielenia się z Bogiem i naszymi sąsiadami na skalę globalną’ ”[7]. Gdzie tu jest ewangelia albo jakikolwiek dowód prawdziwości biblijnej w tym duchowo ślepym nauczaniu papieskim? Pismo nakazuje każdemu człowiekowi pokutować i wierzyć ewangelii, ale nikt nie jest w stanie tego zrobić bez przekonania od Ducha Świętego. Jednak te podstawowe fakty są odłożone na bok, gdy Papież rozszerza swój wywód oświadczając, że Papieski światopogląd jest aktualny. Jednakże jego nauczanie ma swój koniec w zaczyna z naszym przypuszczalnym grzechem przeciw “siostrze ziemi” i porusza się w całkowicie niebiblijnym kierunku. W swojej encyklice oświadcza:„‘Siostra’ (ziemia) ‘teraz krzyczy do nas z powodu krzywdy którą wyrządziliśmy jej przez nasze nieodpowiedzialne użycie i nadużywanie dóbr, którymi Bóg ją obdarował. Doszliśmy do tego że widzimy siebie jako jej panów i władców, uprawnionych do plądrowania jej wedle własnego uznania. Przemoc obecna w naszych sercach, zranionych przez grzech, jest odbita w chorobie widocznej w ziemi, w wodzie i w powietrzu i we wszystkich formach życia.” [8]Wyrażony pogląd franciszka jest całkowicie panteistyczny. Biblia mówi:„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. Jego to ustanowił dziedzicem wszystkich rzeczy, przez Niego też stworzył wszechświat. Ten [Syn], który jest odblaskiem Jego chwały i odbiciem Jego istoty, podtrzymuje wszystko słowem swej potęgi, a dokonawszy oczyszczenia z grzechów, zasiadł po prawicy Majestatu na wysokościach.”[9]Biblia mówi prawdę, w przeciwieństwie do Franciszka, który naucza że niebo i ziemia są częściami Boga. To jest całkowicie pogańska przypuszczenia papieża Franciszka Co musi zostać zrozumiane to to, że encyklika Franciszka, ze swoim wzniosłym i inspirującym wydźwiękiem pogoni za etyczną doskonałością, jest mocno obciążona wszystkimi klasycznymi założeniami papieskimi. Zasadniczo, to co jest prezentowane w encyklice, jest wyidealizowanym planem dla świata. Oparte jest to na Watykańskim punkcie widzenia zarówno tego, jaki świat jest teraz i jaki mógłby być, jeśli Papież byłby ziemskim „władcą-dyrektorem” wszystkich rzeczy duchowych, politycznych i ekonomicznych. Cały argument encykliki wisi na prawdziwości jej rzekomo oczywistych aksjomatów. Jednakże założenia są fałszywe. Jeśli papież Franciszek chce być proroczym głosem we współczesnym świecie, rzekomo mówiąc w imieniu Chrystusa, wtedy jego założenia muszą być ocenione zgodnie z miarą daną nam w Słowie Bożym, a mianowicie, “„Do objawienia i do świadectwa!” Jeśli nie będą mówić zgodnie z tym hasłem, to nie mam dla nich jutrzenki.”[10] Pan Jezus Chrystus podkreślał że Pismo jest bezwzględną prawdą, to nie może być odrzucone. Pismo mówi, “Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi.” Tak więc od samego początku staje się to jasne, że papież Franciszek jest oszustem i ma w tym jakiś czego Franciszek nie mówi otwarcie w tej encyklice jest to, że od Soboru Trydenckiego w połowie szesnastego wieku, kościół rzymski orzekł, że nie ma zbawienia poza nim i formalnie zaprzeczył ewangelii. Rzym dokonał apostazji podczas Soboru Trydenckiego i nigdy już jego postanowień nie odwołał. Tak więc zamiast ewangelii usprawiedliwiającej przed Świętym Bogiem, Rzym ma tylko sakramenty do zaoferowania. One nie dają zbawienia, do tego potrzebne jest jedynie Ewangelia “jest bowiem ona mocą Bożą ku zbawieniu dla każdego wierzącego….”[11] A więc papiestwo musi wziąć w ręce inne narzędzie, musi znaleźć inna drogę, dzięki której może usidlić ludzi w fałdach współczesnego Babilonu. Dialog na temat problemów środowiskowych jest ich bieżącym sposobem działania. Blisko końca encykliki jest mnóstwo religijnego żargonu odnośnie Boga i obowiązków chrześcijan. Jest to tak naprawdę jedynie postscriptum do tej encykliki. Prawdziwym jej naciskiem jest promowanie programu politycznego sformułowanego w pogański sposób. Nie może być inaczej, bo w swojej istocie, celu i metodach, stoi w sprzeczności z obliczu tego wszystkiego przesłanie Pana Jezusa Chrystusa do tych, którzy są Jego jest zupełnie inne. On mówi:“Wtedy Jezus podszedł do nich i przemówił tymi słowami: „Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata.”[12]Za tym przesłaniem idzie pewność, że tylko Ci, którzy dzięki łasce wierzą w Chrystusa są prawdziwą rodziną Bożą; tworzą ją ludzie z całego świata. “Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi,tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili”[13] Jak jest to przedstawione w ewangelii, tylko Ci, którzy dzięki łasce wierzą w Chrystusa, są nazwani “synami Bożymi”, dzięki doskonałemu życiu i ofierze naszego Pana Jezusa Chrystusa. Jak apostoł Paweł mówił: „…otrzymaliście ducha przybrania za synów, w którym możemy wołać: „Abba, Ojcze!”. Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi.”[14]Agenda Papieża FranciszkaW całej encyklice Franciszka motyw środowiska nie może być ignorowany. Z ponad 170 odniesieniami do globalnego ocieplenia, zmiany klimatu, srodowiska i środowiskowych problemów, jest zatem jasne że wykorzystuje to jako środek do osiągnięcia swojego celu. Podczas gdy jesteśmy słusznie zaniepokojeni tym co Franciszek mówi, jest również konieczne to, żeby zrozumieć dlaczego to robi. Encyklika Franciszka nie jest w żadnym znaczeniu dziełem jego oryginalnej myśli. Zarówno jego analityczny styl jak i rzeczowa forma są mocno ukorzenione w Watykańskim stylu, zarozumiałość i domniemane panowanie nad każdym aspektem ludzkiego życia górują w jego wyczerpująco demonstruje, że jego poglądy prawdziwie przedstawiają historyczną istotę religijnego i społecznego nauczania Rzymu. Jednakże, to nauczanie nie jest nauczaniem biblijnym. Tak więc, Franciszek okazuje się być znowu przebiegłym lisem. Jego celem jest mocne ugruntowanie dóbr i przyszłości jego własnej instytucji w kategoriach “integralnego rozwoju ludzkości”, który akceptuje jego prymat jako jedynego arbitra etyki i kodeksu moralnego. Jest to całkiem jasne, że Franciszek pisze swoją encyklikę, by dowieść po raz kolejny Papieskich autokratycznych roszczeń. Celem Franciszka w tej encyklice jest przedstawić i promować rodzaj światowego szczególnie jego wizją jest odnowione i odmłodzone “globalne społeczeństwo”, nad którym Rzymski Kościół jako czołowy etyczny byt sprawuje władzę. I jaka lepsza droga istnieje, by zyskać moralny autorytet, niż utkanie razem aktywności środowiskowej opartej na globalnym ociepleniu i zmian klimatu wytworzonych przez „rzekomą wiedzę”[15] Prawdziwie jest to przebiegły plan, by umocnić polityczną podstawę z niereligijną lewicą, a tym samym tworząc zjednoczony kościół i globalne państwo. Ekumeniczna działalność już od wczesnych dni Soboru Watykańskiego Drugiego była niezwykle skuteczna w jednoczeniu religijnej prawicy pod papieskim panowaniem. Jak tak dalej pójdzie, ani się obejrzymy, a nastanie drugie jest ten sam Franciszek i jego Watykański system który naucza, że własność prywatna nie jest osobista jako taka, lecz należy do wszystkich ludzi[16] Dokument Soboru Watykańskiego Drugiego podtrzymuje tą samą zasadę „uniwersalnego posiadania wszystkich dóbr” i stanowczo naucza: „Jeśli ktoś jest w wielkiej potrzebie, ma prawo do tego by zdobyć dla siebie to, czego potrzebuje spośród bogactwa innych”[17] Filozofią Papieża Franciszka jest po prostu usprawiedliwienie kradzieży, czy to na poziomie indywidualnym, czy też rządowym. Biblia mówi, „Nie kradnij…. Nie pożądaj… żadnej rzeczy która należy do bliźniego twego”[18] W zamian, ludzie powinni spoglądać na Ojca w niebie i Jego Słowo, by nauczyć się władać swoimi pieniędzmi i własnością. Katolicy, a teraz także narody z całego świata napominane są, by patrzeć na Papieża Franciszka i jego encyklikę jako dobrą drogę do reanimacji międzynarodowej ekonomii. Biblijne zasady o Bożej sprawiedliwości, praw własności i równowartości wymiany ekonomicznej potrzebne dla stabilności i dobra narodów, są negowane przez ekonomiczną politykę Siła do wdrożenia Papieskiej agendyPoprzednik Franciszka, Benedykt XVI, wzywał do “zreformowania Organizacji Narodów Zjednoczonych, i podobnie instytucji ekonomicznych i finansów międzynarodowych, tak aby koncepcja rodziny składającej się z narodów mogła uzyskać prawdziwe zębiska.”[19] Społeczna i religijna dominacja utrzymywana poprzez prawo cywilne wśród narodów europejskich jest czymś, co podobało się kościołowi katolickiemu i na czym dobrze się rozwijał poprzez wieki ciemne i średniowiecze. Końcowy rezultat do którego zdąża Franciszek jest taki sam. Wymieniając globalne ocieplenie, skażenie, biedę, globalny brak równości, nadmierna konsumpcja przez kraje pierwszego świata i podobne problemy, mówi:“Te sytuacje doprowadziły siostrę ziemię, razem ze wszystkimi opuszczonymi z tego świata do płaczu, błagając o to byśmy zmienili kierunek. Nigdy tak nie zraniliśmy i źle nie traktowaliśmy naszego wspólnego domu jak w ciągu ostatnich dwustu lat. Jednak jesteśmy wezwani by być narzędziami w rękach Boga naszego Ojca, tak by nasza planeta mogła być taka jakiej pragnął jej Bóg i odpowiadać na Jego plan pokoju, piękna i pełni. Problem jest taki że nadal brakuje nam kultury by skonfrontować ten kryzys.”[20]Po uosobieniu ziemi, Franciszek płynnie przechodzi do kwestii państwa: “Popełnienie przestępstwa przeciwko naturalnemu światu jest grzechem przeciwko nam samym i grzechem przeciwko Bogu”[21] Następnie wzywa do “utworzenia ram prawnych, ustalających wyraźne granice i zapewniające ochronę ekosystemów, gdyż są niezbędne…”[22] Jego rozwiązanie na zmanę świata poprzez narzucane przepisy prawne, zamiast zwiastowania światu prawdziwej ewangelii łaski, jest całkowicie niebiblijne – lecz wpasowuje się idealnie w bieżącą agendę papieskąCo więcej, Kościół Rzymsko-Katolicki ma duży wpływ na ustawodawstwo na poziomie narodowym i międzynarodowym, szczególnie w krajach w których ma papieskich nuncjuszy jako ambasadorów. Obecnie utrzymuje relacje dyplomatyczne ze 174 krajami na poziomie ambasady. Oportunizm, podstęp i chytrość zawsze były elementami definiującymi Rzymsko-Katolickie geo-polityczne oświadczenia. Papież Franciszek i jego Watykan pragnie utrzymać oficjalne dyplomatyczne relacje. Oni rozumieją to tak, że polityczna władza cywilna jest podrzędna duchowej kontroli odstępczego Rzymu. Papież Franciszek, aktualnie jako potrzebne i skłonne do działania narzędzie, dąży do spełnienia tych aspiracji i To że Franciszek i jego encyklika zmierzają do rządzenia religijną, polityczną i ekonomiczną działalnością na całym świecie nie jest raczej zaskakujące. Papieska arogancja pasuje dobrze do Biblijnych zapowiedzi tego typu twierdzeń „Wstąpię na szczyty obłoków, podobny będę do Najwyższego.”[23] Istnieje tylko jeden wikary Chrystusa, który jest nieskończony, najwyższy, wszechmocny i w pełni wystarczający; a mianowicie Duch Święty. Papiestwo to demonicznie zasilany system odstępczy, który będzie osądzony i całkowicie potępiony przez Pana.[24] Biblijny wgląd uzmysławia nam że “cały zaś świat leży w mocy Złego”[25] i, “przewrotni będą postępować przewrotnie i żaden z przewrotnych nie zrozumie tego.”[26] Papieski program jest zły i rozmyślny, a jego geniusz w środkach i sposobach, szatański.[27] Od początku Pan Bóg miał na celu uczcić samego siebie “Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen.”[28] Stworzył świat i ukształtował człowieka w tym celu. Jego nieskończenie mądry projekt nie legł w gruzach w momencie gdy wraz z Adamem upadł cały rodzaj ludzki, gdyż Jezus Chrystus Pan był Barankiem “zabitym od założenia świata.”[29] Wola wszechmocnego Boga jest od zawsze i króluje w czasie. On suwerennie rozkazuje, kieruje i kontroluje wszystkie wydarzenia. Ten “który dokonuje wszystkiego zgodnie z zamysłem swej woli.”[30] Szatan i jego obecne neo-babilońskie imperium nie może mu sprostać. Jest napisane,, “Pan króluje: drżą narody”[31]Proszę dołącz do nas w modlitwie tak, aby możliwie wielu to zrozumiało i żeby oni także zostali pociągnięci przez Ducha Bożego, by szukać jego Łaski. Łaska jest niezasłużonym darem Bożym. Tylko przez łaskę ocala On zasługujących na piekło grzeszników, pokazując, że cała chwała z mocy odkupienia należy się tylko Jemu. Ponieważ Bóg działa, to wszystko działa zgodnie z Jego wolą. Współczesne manipulacje władzy cywilnej Papieskiego Rzymu, fałszywy ekumenizm i niebiblijne ekonomiczne praktyki, są zaledwie narzędziami, na które Bóg dla swoich suwerennych celów być niezwykle wdzięczni za to, że wszechmocny Bóg w Jego najwyższej mądrości ograniczył machinacje Rzymu. Papież Franciszek i Rzymski Kościół zostaną ukarani za ich rozmyślne odrzucenie Panowania Chrystusa. Boży ludzie nie będą zwiedzeni przez tą ułudę, która spadła na świat.[32] Raczej powinni oni walczyć “o wiarę raz tylko przekazaną świętym”[33] Prawdziwie wierzący to jedynie Ci, którzy przylgnęli do Boga i Jego spisanego Słowa: oni wiedzą, że są zbawieni jedynie z łaski, tylko przez wiarę, wyłącznie w Chrystusa i że tylko Bogu należy się cześć i chwała.[1] Para. 1. 4/20/17 zobacz także: Para. 87 gdzie hymn Franciszka z Asyżu jest zacytowany wspominając brata słońce, brata wiatr, siostrę księżyc, siostrę wodę itd.[2]Alexander Hislop, The Two Babylons (Delmarva Publications, 2013 First Printing, Introduction)[3] “Laudato Si,” Para. 3.[4] Genesis 1:2[5] Can. 749 §1. Przez swój urząd najwyższy kapłan jest nieomylnym nauczycielem podczas gdy jako najwyższy pasterz i nauczyciel wszystkich chrześcijańskich wiernych, który wzmacnia jego braci i siostry w wierze, głosząc w drodze ostatecznego aktu, że należy trzymać się doktryny wiary lub moralności.[6]Mateusza 28:18[7]“Laudato Si,” Para. 9[8]“Laudato Si,” Para. 2.[9]Hebrajczyków 1:1-2[10]Izajasza 8:20[11]Rzymian 1:16[12]Mateusza 28:18 – 20[13] Jana 1:12-13[14] Rzymian 8:15 – 16[15] I Tymoteusza 6:20[16]Compendium of the Social Doctrine of the R. C. Church, Sect. 176 – 178 universal destination of goods and private property 05/20/2017.[17]Vatican Council II No. 64,“Gaudium et Spes” Austin Flannery, General Ed. (Vatican Council II: The Conciliar and Post Conciliar Doocuments, Para. 69.) tekst dostępny również tutaj: Exodus 20: 15, 17[19] Sect. 67. 4/28/17[20]“Laudato Si”, Para. 53.[21]“Laudato Si,” Para. 8[22]Laudato Si, Para. 53[23]Izajasza 14:14[24]Objawienie 18:8 “dlatego w jednym dniu nadejdą jej plagi: śmierć i smutek, i głód; i będzie ogniem spalona, bo mocny jest Pan Bóg, który ją osądził”[25] I Jana 5:19[26] Daniel 12:10[27]II Koryntian 4:3 – 4[28]Efezjan 3:21[29]Objawienie 13:8[30]Efezjan 1:11[31]Psalm 99:1[32]II Tesaloniczan 2:8-12, cp. Marka 13:22: For false Christs and false prophets shall rise, and shall show signs and wonders, to seduce, if it were possible, even the elect. W kontekście, “If it were possible,” oznacza to że jest to niemożliwe ponieważ otrzymali oni zamiłowanie do prawdy, której świat nie otrzymał.[33]Judy 3
Przerażonych uspokajam – to słowa papieża, ale nie obecnie sprawującego urząd Franciszka (choć niektórych może by to nie zdziwiło), lecz papieża Judasza, czołowej postaci najnowszej powieści Pawła Lisickiego „Epoka Antychrysta”. Akcja powieści dzieje się w XXIII wieku. Od razu się przyznam, że nie przeczytałem jeszcze książki do końca, nie znam więc zakończenia i na pewno niczego nie zdradzę. Uznałem jednak, że warto ją już teraz polecić, ponieważ jest to naprawdę kawał dobrej literatury. Political-fiction, które tak do końca fiction nie jest. Zresztą, o jakiej fiction mowa, skoro na jednej z ostatnich manifestacji „kobiet wyzwolonych” (chyba z rozumu?) jedno z haseł brzmiało: „Aborcja znaczy życie”. Paweł Lisicki ma prostsze zadanie aniżeli miał np. Juliusz Verne, który przewidywał statki kosmiczne w czasach, w których nie było jeszcze samolotów. Świat, który redaktor naczelny „Do Rzeczy” opisuje w „Epoce antychrysta”, właściwie już istnieje, jednak w książce jest „jeszcze bardziej”. Kobiety kardynałki, księża otwarcie uczęszczający do renomowanych klubów gejowskich, kliniki dobrego umierania, ośrodki reedukacji, papież, który nie wierzy w Boga, a jedynie w człowieka i jego nieograniczony rozwój, msza bez przeistoczenia… I wreszcie zainicjowane przez Watykan śledztwo mające raz na zawsze udowodnić, że nie było żadnego zmartwychwstania. A służyć ma to temu, żeby ludzie przestali wierzyć wreszcie w „te bzdury”. Nauka i rozum – to jedyne ma się ostać, Kościół zaś ma być 200 lat przed ludzkością. Do tej pory zawsze był zacofany, teraz będzie zawsze w awangardzie. Papież Judasz mówi – „Chociaż jesteśmy dopiero na początku XXIII wieku, mamy się czuć, jakby to był wiek XXVI! Zawsze na czele, zawsze do przodu, zawsze przed wszystkimi – oto nasza misja. Dlatego z tym większą surowością wytępię wszelkie próby oporu…”. Tego oporu zbyt wiele może nie ma, niemniej gdzieniegdzie tlą się pozostałości dawnego katolicyzmu. Dwóch kardynałów – jeden z Polski, drugi z Nigerii, wypowiada papieżowi posłuszeństwo, po tym, jak ten ogłosił, że czas na definitywne zanegowanie zmartwychwstania Jezusa. Kardynałowie schodzą do podziemia, tam wydają książkę demaskatorską o papieżu Judaszu. Jednocześnie najlepsi globalni prokuratorzy i śledczy rozpoczynają dochodzenie, które ma wykazać, że Jezus nigdy nie zmartwychwstał. Ale co się stało z ciałem? To też mają wyjaśnić. Akcja powieści nabiera tempa… W „Wiekopomnym kazaniu” papież Judasz mówi: „Jezus Chrystus przybił na krzyżu Boga i w ten sposób uwolnił człowieka od zmory, koszmaru boskości. Tak, przez długie wieki ta świadomość byłą przed nami zakryta, niejasna, niewyraźna. Od samego początku wielki gest Jezusa nie był właściwie rozumiany. Nawet jego uczniowie nic nie pojmowali. Z jego dobrowolnej śmierci na krzyżu, która była przypieczętowaniem ludzkiej wolności, zrobili ofiarę przebłagalną. Przez dwa tysiące lat to fałszywe rozumienie śmierci Jezusa zdominowało świat i Kościół. Ofiara przebłagalna! Nie ma nic bardziej moralnie ohydnego i żałosnego. Nie ma ani kogo, ani za co przebłagiwać. Jezus był pierwszym, który to pojął i pokazał: Bóg milczy, Boga nie ma, pozostaje tylko człowiek sam ze sobą i swoją historią…”. Ten rewolucyjny zapał Judasza budzi zachwyt przeróżnych dziwolągów, którzy w XXIII wieku stanowią normę. Na przykład Concha Merrinos Brust, mężczyzno-kobieto-owca twierdzi: „Chrześcijanie nie mogą być po prostu, tak jak zawsze, hamulcowymi przemian. Dobrze, żeby wrócili na czoło marszu ku przyszłości. Byłabym w pełni usatysfakcjonowana, gdyby Judasz spełnił nasz postulat i zamiast zaczynać swoje spotkania od >>dzień dobry>cześć>meeee<<„. Lubię i cenię red. Pawła Lisickiego. Uważam go za jednego z najbardziej przenikliwych i odważnych publicystów piszących o polityce, a nade wszystko o tym, co dzieje się z Kościołem katolickim. Chyba jako pierwszy podjął przed laty próbę „odczarowania” autorytetu śp. Abp. Józefa Życińskiego, który w którymś momencie swojego życia za główny cel swoich ataków obrał sobie środowiska patriotyczne oraz katolickich tradycjonalistów, stając się od razu dyżurnym autorytetem „Gazety Wyborczej” i związanych z nią środowisk. Lisicki wykazywał, że ów „autorytet”, lubujący się w manipulacjach, jest nieco naciągany. Kilka miesięcy temu szef „Do Rzeczy” napisał w swoim tygodniku wstępniak o „walcu postępu”, który właśnie przetacza się przez Kościół na całym świecie, a zwłaszcza na Zachodzie. Lisicki pyta: „Czy Polska pójdzie drogą tylu innych, niegdyś katolickich państw, które błyskawicznie uległy ciosom nowoczesności?”. Najnowsza powieść Pawła Lisickiego kumuluje w sobie wszystkie obawy jakie przez szereg lat wyrażał on w swojej publicystyce. Zebrane „do kupy” i ubrane w literaturę, nie napawają optymizmem, ale ponoć nadzieja umiera ostatnia… Nie znam zakończenia „Epoki Antychrysta”, dlatego łudząc się, że jednak jest jakieś światełko w tunelu, zabieram się za dalszą lekturę… Paweł Sztąberek Czytaj również: Epoka Antychrysta – powieść dla zagubionych katolików i ateistów Paweł Lisicki – „Epoka Antychrysta”, Wydawnictwo Fabryka Słów, Lublin 2018. Książkę zamówić można na
Pobierz pdf „Franciszkanizm” Papieża Franciszka został już wyeksploatowany przez media na wszelkie możliwe sposoby. Wyliczmy – rezygnacja z mucetu w kilka chwil po wyborze, zachowanie swojego krzyża biskupiego z nieszlachetnego metalu zamiast tradycyjnego złotego krzyża papieskiego, pozostanie przy czarnych butach zamiast czerwonych zakładanych ostatnio przez Benedykta XVI, noszenie starych spodni, odprawianie codziennych Mszy i głoszenie kazań dla pracowników Domu św. Marty, siadanie w nawie razem z nimi na chwilę modlitwy osobistej, porzucenie Pałacu Apostolskiego w Watykanie jako miejsca zamieszkania czy wreszcie kontrowersyjna decyzja co do sposobu odprawienia Mandatum w Wielki Czwartek. Pewnie było tego jeszcze więcej, lecz pamięć piszącego te słowa jest ułomna. Wszystko to znaki „Papieża ubogich”, Papieża Franciszka żyjącego na wzór świętego Franciszka. Nie możemy też zapomnieć o metrze – kardynał Bergoglio, jeszcze zanim został Ojcem Świętym Franciszkiem, poruszał się komunikacją publiczną. Pojawiła się nawet żartobliwa propozycja wybudowania specjalnie dla niego metra w Watykanie, by dalej mógł zachować swoje godne pochwały obyczaje. Żart ten sugerował, że w pewnych okolicznościach „franciszkanizm” też może drogo kosztować i tracić swój istotny sens. Takie i inne jeszcze ironiczne uwagi dotyczące hurraentuzjazmu wokół każdego kroku Ojca Świętego nie mogły wszakże ani wyhamować, ani też skierować trendów obecnych w mediach na bardziej rozumne tory[1]. Do jednego worka wrzuca się gesty, zwyczaje i praktyki wyrastające z różnych zupełnie obszarów papieskiej aktywności – czasem prywatnych, czasem publicznych w bardziej świeckim sensie, a czasem liturgicznych. Wrzuca się je i miesza tak dokładnie, by nikt nie był w stanie odróżnić, co do czego przynależy. Skuteczność tego mieszania dobrze widać było w dezorientacji i reakcjach, zwykle kutych na cztery nogi, tradycjonalistów. Franciszkanizm i „franciszkanizm” Absurdalność tego rodzaju zachwytu, który zafundowano nam przy okazji wyboru kardynała Bergoglia na Papieża, niemal ze stuprocentową pewnością musiał się zakończyć także pomieszaniem języków. Na czym to pomieszanie polega? To nie charakterystyka zachowań Papieża pozwalała na odnajdowanie w nich wątków franciszkańskich, ale raczej każdy gest dłonią, spojrzenie czy zwykła codzienna czynność Ojca Świętego zaczęły nam mówić, czym ten „franciszkanizm” jest. Czy takie odczytanie tego, co widzieliśmy, nie jest przesadą? Nie sądzę. Do oderwania się narracji od właściwego sensu franciszkanizmu doprowadził nas właśnie swoisty paroksyzm zachwytu, którego byliśmy świadkami. Obserwowaliśmy go co najmniej przez pierwsze kilka tygodni pontyfikatu, a i dziś jeszcze zdarza się zauważyć jego odblaski. W każdym razie, wedle wykładni mediów, nie powinniśmy już mieć wątpliwości, że Papież Franciszek jest bardziej franciszkański od świętego Franciszka. I może nawet tego ostatniego już nie potrzebujemy, bo przecież od dawna nie żyje. „Franciszkanizm” jako rózga Świat i środki masowego przekazu nie lubią skomplikowanych formuł opisujących rzeczywistość. Skoro jednak one same nagromadziły w informacyjnym kotle tak zaplątany zestaw symboli i obrazów mających określić ikonografię nowego Papieża, musiały też sobie z tym gordyjskim węzłem jakoś poradzić. Szybko zaczęły się poszukiwania prostego mianownika, który w świecki sposób pozwoliłby operacyjnie ująć zasadę organizującą obecność Franciszka w przestrzeni publicznej. Chodziło o to, by każdy, kto „weźmie do ręki” taki mianownik, mógł się nim posłużyć jak narzędziem, miernikiem wskazującym poziom „franciszkanizmu” we krwi Franciszka, ale też każdego biskupa, duchownego, a nawet świeckiego katolika pojawiającego się w przestrzeni publicznej. Zwykle chodzi o to, by wiedzieć kogo pochwalić, a komu przyłożyć. Czym zatem jednak jest franciszkanizm? Nie było takich pytań za pierwszych dni Papieża Franciszka. A przecież by słowo to miało sens, coś trzeba wiedzieć o „Biedaczynie” z Asyżu, może o zainicjowanym przez niego zgromadzeniu. Jak jednak możemy odpowiedzieć sobie na pytanie o franciszkanizm, skoro pojęcie to już zdefiniowaliśmy poprzez gesty samego Papieża. Nikt przecież nie zamierzał się zajmować świętym z Asyżu. „Franciszkanizm” mediów okazał się zupełnie pusty. Pozbawiony łaski, ale i wiedzy, objawił się jako nic nieznaczące słowo mieniące się tylko mniej lub bardziej kiczowatymi przedstawieniami średniowiecznego świętego znanymi z ikonografii, ale też z różnorodnych współczesnych ideologicznych klisz. Mizerabilizm – klucz do Franciszka? Świecka operacjonalizacja franciszkanizmu oczywiście się znalazła. By móc skutecznie kierować Kościołem, wedle swojego planu, światu potrzebne są tego typu wytrychy zastępujące w duszach samych katolików ich język wiary, ale i świadomość nadprzyrodzoności. Trafnie „haczyk” zastosowany przy Papieżu Franciszku określił ksiądz Florent Husson, pisząc o „mizerabilizmie” jako oczekiwaniu współczesnej kultury wobec Kościoła katolickiego[2]. Zresztą to samo narzędzie było już stosowane w odniesieniu do Kościoła co najmniej od czasu, kiedy Jacques Maritain rozwinął swoją teologię środków ubogich[3] pozwalającą wypychać doktrynę Kościół z życia publicznego państw przy równoczesnym kompromitowaniu obecnych w nim katolików. Pojawiających się tam jako katolicy właśnie, co nie zawsze jest oczywiste. Wszystko w imię fałszywego rozumienia ewangelicznej pokory i słabości, przy aplauzie zadowolonego świata z ulgą odrzucającego swój niepiękny, w świetle wymagań Chrystusa i Kościoła, obraz. Sami katolicy utwierdzili się w ten sposób w przekonaniu, że wiara to tylko duchowość, która nie powinna się stykać z „brudem” tego świata. A zatem widzialna (środki bogate), wcielona obecność prawdziwej religii w świecie jest niepożądana. Rzesze katolików zaczęły wierzyć, że żyją „pod słońcem Republiki, która – zgadzając się co do składników dobra wspólnego – prowadzi jedynie spory o kolejność ich realizacji i środki, które do tego prowadzą”[4]. W rzeczywistości zaczęli oni rezygnować z prawdziwej pokory i słabości, które wcześniej kazały im iść za autorytetem Boga także w polityce. Używano tak pojętego „mizerabilizmu” także, gdy media, zachwaszczone różnorodnymi ideologiami, próbowały zrozumieć lub przetworzyć po swojemu doświadczenie Soboru Watykańskiego II – choćby wtedy, gdy temat wolności religijnej przedstawiano jako rezygnację Kościoła z jego uniwersalnej misji zbawczej (w przerysowaniu także traktowanej jako pycha środków bogatych)[5]. Wreszcie przeniknął myśl licznych teologów traktujących reformy ostatniego Soboru, ale także reformę liturgiczną, jedynie jako punkt wyjścia dla dalszych eksperymentów praktycznych i myślowych. „Mizerabilizm” to wszakże nic innego, jak rezygnacja z prawdy, zewnętrznego piękna, znaków majestatu reprezentujących Bożą chwałę, ale też z publicznie wyznawanej wiary (a czasem w ogóle z wiary), działania oraz bogactwa tradycji w samo-przedstawianiu się Kościoła. Ale także pewnej siły w działaniu mającej moc tworzenia cywilizacji. Tak rozumiany „mizerabilizm” jest właśnie jednym ze współczesnych przykazań świata dla Kościoła – co więcej, istnieje przekonanie, że stanowi on swego rodzaju warunek właściwie praktykowanej i pozytywnie ocenianej przez ten świat miłości bliźniego. Kiedy próbujemy dekodować to świeckie oczekiwanie, siłą rzeczy natrafiamy na formuły, które na słuch są bardzo chrześcijańskie[6] – Kościół ma się wyniszczać, by służyć słabszym, ma dawać świadectwo (absurdalnie: ma dawać świadectwo, że go nie widać lub że go już nie ma). Pozbawione jednak nadprzyrodzonej obecności Boga, płasko-doczesne rozumienie takiego zdania sprowadza się do oczekiwania, by Kościół „zrezygnował z siebie” (znów pseudo-ewangeliczna klisza), czyli z głoszenia światu Tego, którego Ciałem jest. Jak to rozwiązać praktycznie? Pierwsza możliwość: Kościół winien się zająć w swojej działalności tymi, którymi świat już się zajmować nie chce. Dynamika tego oczekiwania jest prosta i polega na redukcji publicznej obecności tego, co nadprzyrodzone, do tego, co w wąskim sensie moralne, czyli opieki nad ubogimi w znaczeniu, jakie nadaje temu współczesna wrażliwość (lub jej brak). Możemy tych ubogich określić jako zdeklasowanych[7]. Zdeklasowani znajdują się całkowicie poza obszarem „świata”, są swoistym „piekłem” dla „tego świata”. Przebywają w nim niepełnosprawni intelektualnie i fizycznie, brzydcy, panuje w nim nędza materialna i bliskość śmierci. Tam też powinni znaleźć się chrześcijanie, spełniając współczesne definicje brzydoty, nietykalności, aspołeczności i wielbiący umieranie[8]. Druga możliwość pozostawiona Kościołowi, pozwalająca zachować światowy prestiż, to droga dowartościowywania tych, których świat wskaże jako godnych dowartościowania. Tu mamy szerokie spektrum „wykluczonych”, którzy przeważnie pozycjonują swoją tożsamość w opozycji do Kościoła i jego nauczania. Propozycja ta także jest sposobem na przetrącenie publicznego i nadprzyrodzonego oddziaływania Kościoła. Na jedno bowiem wychodzi – przypadek drugi, czyli świecka i perwersyjna kenoza, jest odcięciem się od nadprzyrodzoności i zastąpieniem Boga w sercu samego Kościoła światem. Natomiast odsunięcie się od świata na rzecz zadań jedynie moralnych (w granicach określonych oczekiwaniami „świata”) i jedynie w ukryciu jest rezygnacją dwutorową – z głoszenia całemu światu Dobrej Nowiny, ale i z uniwersalnego rozpoznania Logosu jako zbawienia[9]. Gdyby jednak Kościół postanowił pozostać chrześcijański i wciąż głosił Boga całemu światu, tak jak Ten mu się objawił, „mizerabilizm”, ta światowa propozycja pseudokenozy dla Kościoła, zmieni swoją pozycję. Będzie głosiła perwersyjnie, że Kościół nie jest dość chrześcijański, zachowując wiarę, moralność, doczesne struktury, że przez to jest „zbyt bogaty”, za mało zajmuje się „samym” Bogiem, nie dość praktykuje miłosierdzie i miłość ubogich, nie dość się wyniszcza, ma totalitarne zapędy. Będzie to zawsze reakcja wobec wytrwałego i godnego praktykowania kultu Bożego, proklamowania Słowa, głoszenia nauki katolickiej. Postulat „mizerabilizmu” służy bowiem nie ubogim i potrzebującym miłosierdzia, ale osłabieniu wszystkiego, co może wspierać publiczne głoszenie wiary mającej aspiracje większe niż osobiste upodobania. Czy czekamy na Papieża antychrysta? „Mizerabilistyczny” sposób myślenia, w różnie zestawionych konfiguracjach, przyjmuje także liczne grono wierzących katolików, uznając szantaż ze strony świata jako wyzwanie dla własnej moralności lub też nawet wiary. Biorą oni w siebie proponowane im narzędzia rozumienia wiary i dokonują prywatnego lub publicznego rozliczenia z Kościołem. Dotyka to także Papieża Franciszka. I tak, poddani tej ideologicznej logiki, w jego gestach, oznaczających postawienie na prostotę w relacjach z wiernymi i odbiorcami mediów, widzą tylko, wartościowany pozytywnie lub negatywnie, pierwszy krok do demontażu katolickiej liturgii, porzucenia moralności, a na końcu pewności wiary i przekształcenia się Kościoła w stowarzyszenie charytatywne lub umoralniającą i estetyzującą agendę władzy politycznej. Z kolei gesty i decyzje Papieża, które zaprzeczają stosowaniu przez niego strategii „mizerabilistycznej”, są znów tłumaczone perwersyjnie jako kamuflaż, gra na przeczekanie i osłabienie czujności wierzących i ich zmysłu katolickiego, ewentualnie (progresistowsko) jako obskurantyzm. Gdy i te kalkulacje okazują się chybione, pojawia się element rozczarowania faktem, że Papież wciąż jest katolicki. Ważniejsze bowiem okazują się pozakościelne afiliacje ideowe niż współodczuwanie z Kościołem. Jeszcze bardziej niż u postępowców dziwi to u niektórych katolickich tradycjonalistów czy zachowawców (na pozytywnie wartościowane decyzje Papieża odpowiadają: „tak, tak – Franciszek robi dwa kroki do przodu, a potem zrobi trzy do tyłu”; a dobrze widzimy, że te „trzy kroki do tyłu” wciąż nie następują, a Papież działa według jakiejś innej logiki). We wzorach myślenia, które w skrócie opisałem powyżej, sami katolicy odtwarzają w sobie niechybne oczekiwania świata (poza jednym z dwóch opisanych już sposobów samowykluczenia) – by wreszcie Papież stał się antychrystem i zaprzeczył temu, czym jest Kościół i jego wiara. A także czym jest urząd papieski. I podobnie do świata przeżywają rozczarowanie, że nic się dzieje. Można odnieść wrażenie, że perwersyjnie powraca do nas postawa proroka Jonasza czekającego na zagładę Niniwy. W stronę prawdziwego franciszkanizmu Zatem widzimy, że „mizerabilizm” nie jest tożsamy z franciszkanizmem (który dziś wygląda na coś nieokreślonego) – podszywa się jedynie pod niego, starając się wykorzystać zawartą w nim wartość religijną, by przemycić do Kościoła elementy rozkładu. Jest także błędną kalką interpretacyjną, jeśli chodzi o zrozumienie Papieża Franciszka i jego pontyfikatu. Nie tylko, jak sądzę, w pierwszym okresie posługi. Poza tym „mizerabilizm” działa wybiórczo, ignoruje te fakty, które do niego nie pasują. W tej wybiórczości można rozpoznać też jego cynizm. Co przemawia za tym, że franciszkanizm nie jest mizerabilizmem? Bez wdawania się w szczegóły, trzeba odpowiedzieć, że katolickość, umiłowanie spraw Bożych i liturgii. Nigdy dość przywoływania słów świętego Franciszka skierowanych do kapłanów: „Niech więc wszyscy szafarze tych najświętszych tajemnic, zwłaszcza ci, którzy to czynią bez szacunku, zastanowią się, jak liche są kielichy, korporały i obrusy, które służą do ofiary Ciała i Krwi Jego. I wielu przechowuje [Ciało] i pozostawia w miejscach niewłaściwych, nosi w sposób godny opłakania i przyjmuje niegodnie, i udziela innym nieodpowiedzialnie”[10]. Widzimy zatem, że dbałość o piękno szat, naczyń liturgicznych i zewnętrzny wymiar liturgii, a dalej „całej wiary”, nie jest sprzeczny z umiłowaniem ubóstwa. Ewangeliczne ubóstwo ma raczej podkreślać jeszcze bardziej chwałę, jaką należy oddawać Bogu. Mizerabilistą nie jest też Papież Franciszek. Jego Msza inauguracyjna była źródłem rozczarowania zarówno tych, którzy oczekiwali, że „wreszcie” zostanie zrzucony gorset liturgicznej „restauracji Benedykta”, jak i dla tych, którzy sądzili, że „wreszcie” zobaczymy „prawdziwe” i niszczycielskie oblicze kardynała Bergoglia, którego swoboda wobec liturgii została rozpoznana w zawieszonych w Internecie nagraniach filmowych. Nic takiego się nie wydarzyło – była za to prostota, zrezygnowano z rozbudowanej procesji na ofiarowanie, co charakteryzowało celebracje papieskie w ostatnich dziesięcioleciach. Brak procesji zdezorientował pewnego liberalnego komentatora, który próbował zinterpretować ten fakt w kategoriach mizerabilistycznej prostoty[11]. Zdziwiłby się jednak, gdyby zauważył, że znalazł się w tym wypadku z sojuszu z niektórymi tradycjonalistami. Pozytywnie odebrali oni taką decyzję Papieża, widząc w niej ukłon w stronę większej rytualności, a mniejszego bałaganu w liturgii. Interpretacje „światowe” okazują się niezwykle krótkodystansowe i choć prezentują się jako uniwersalne, mają charakter jedynie prawdy etapu. Dziś brak procesji jest „prostotą”, ale jeszcze dziesięć czy dwadzieścia lat temu ta sama procesja była publicystyczną „nadzieją” w zwalczaniu pozostałości starożytnej katolickiej formy liturgicznej. Franciszkanizm, jezuityzm, dialog? Wydaje się jednak, że ten rys prostoty w liturgii, przy zachowaniu zasadniczego kształtu papieskiej celebracji wprowadzonej przez Benedykta XVI, nie jest podszyty franciszkańską tkliwością, ale innym zgoła duchem. To bardzo ciekawe, że prawie w ogóle nie był dotąd przywoływany fakt przynależności kardynała Bergoglia do Towarzystwa Jezusowego. Być może nie pasowało to do mizerabilistycznych interpretacji. Niezależnie od franciszkańskich deklaracji Papieża jego osobista formacja odebrana w zakonie jest czymś, co powinno być przede wszystkim rozważane przez każdego, kto zamierza analizować ten pontyfikat. Co więcej, zdaje się, że przybranie imienia Franciszka jest pewnego rodzaju sprytnym (choć nie przebiegłym) sposobem dobrego wejścia w urząd, ale także w relacje ze światem, który zachowuje rodzaj sentymentu wobec świętego Franciszka (nie znając go w ogóle). Trudno wyobrazić sobie, by Papież wyruszał na ewangelizację z hasłem, które wielu, nawet chrześcijanom, kojarzy się po prostu ze złym postępowaniem. Czymś takim niewątpliwie byłby „jezuityzm”. Świętym „niełatwym” jest także sam Ignacy Loyola, któremu nowożytność nie nadała żadnej pozytywnej legendy – być może dlatego, że sam już do niej przynależał i nie dostał się w ręce twórców romantycznych, mitologizujących świat średniowieczny. Jeśli jednak zajrzymy do Konstytucji Towarzystwa Jezusowego, a zapomnimy na chwilę o świętym Franciszku, zobaczymy, że Papież w swojej prostocie i ubóstwie jest po prostu sobą, czyli jezuitą. Jezuici i devotio moderna Zanim to jednak zrobimy, warto nakreślić ogólną specyfikę tego Zgromadzenia mającą swoje źródło w epoce przełomu duchowego w dziejach chrześcijaństwa. Ostateczne zatwierdzenie Towarzystwa miało miejsce w roku 1540 za pontyfikatu Pawła III. Jest to czas dominacji nurtu tak zwanej devotio moderna. Wierni odchodzą wtedy od pobożności ludowej, a także wspólnotowej, czyli liturgicznej, i skupiają się na własnej indywidualnej drodze wiary. Badają swoje wnętrze i naśladują Chrystusa poprzez praktykowanie osobistej ascezy. Właśnie pod tytułem „Naśladowanie Chrystusa” funkcjonuje, być może, najpopularniejsza książka duchowościowa w Kościele, czyli przypisywane Tomaszowi à Kempis rozważania wewnętrzne[12]. Dały one początek wysypowi licznych mniej lub bardziej znakomitych pozycji z dziedziny indywidualnej duchowości i pobożności, których autorami byli Wawrzyniec Scupoli, Franciszek Salezy, a także święty Ignacy Loyola autor „Ćwiczeń duchowych”. Ksiądz Husson w przywoływanym już artykule ironicznie wypowiada się o celu, jaki postawił sobie Ignacy: „Wszystkie jego wysiłki są skierowane w kierunku osobistych badań i ćwiczeń duchowych. I to jest odzwierciedlone w szkicu statutu przyszłego Towarzystwa[13], gdy obok posłuszeństwa przełożonemu generalnemu i pochwały ubóstwa znajduje się odmowa monastycznego ceremoniału, a szczególnie modlitwy zbiorowej. Jeśli dokładnie poczytać Ignacego, można mieć wrażenie, że rachunek sumienia jest ważniejszy niż udział w Mszy”. Dodaje także: „Niestety, Papież Paweł III, zatwierdzając Towarzystwo, zatwierdzi ten wybór i zrobi z jezuitów pierwszy zakon zwolniony ze wspólnotowej liturgii, co jest prawdziwą anomalią od początku historii zakonów w Kościele w IV wieku”. Odrzucony obraz świata W opinii księdza Hussona jest pewna doza przesady, a klucz interpretacyjny zbyt prosty. Pojawienie się nowej duchowości oznaczało także rozwój najgłębszych wątków mistyki katolickiej związanej z reformą karmelitańską świętej Teresy Wielkiej i Jana od Krzyża. Zresztą także devotio moderna było odpowiedzią ludzi wierzących na rozpadający się jeszcze klasyczny i antyczny obraz świata zbudowanego z rozmaitych sfer niebieskich i ich zależności oraz praw, które zaczęły być podważane przez pojawiające się doświadczenie naukowe. Średniowiecze znaczną część swojej religijności czerpało z integralnego wyobrażenia o charakterze sfer niebieskich, reprezentujących także rzeczywistości duchowe[14]. W tę kosmiczną konstelację wpisywała się również liturgia będąca rodzajem zwieńczenia zbawczego dramatu stworzenia i dziejów. Razem z odkryciami geograficznymi rozszerzyły się także granice znanego świata, zwiększyło się poczucie niepewności co do dotychczasowej wiedzy. Osłabienie więzi pomiędzy poznaniem świata i poznaniem Boga odnowiło poszukiwania ludzi wierzących chcących znaleźć nowe zaczepienie dla swojej metafizycznej pewności. Podobnie zresztą działo się u schyłku starożytności. Znakomitym świadectwem zwrotu ku wewnętrzności są „Wyznania” świętego Augustyna. Pobożność i praktyka jezuicka miała jednak swój specyficzny wątek, który moglibyśmy określić jako „radzenie sobie ze światem”, funkcjonalizowanie wszelkich praktyk liturgicznych i duszpasterskich dla pobudzenia wiary opartej na świadomości. To praktyczne i wewnętrzne nastawienie pobożności miało dać katolikom siłę zdolną oprzeć się wszelkim możliwym przeszkodom stawianym wierze przez rozpadający się obraz świata klasycznego, ale także pomóc w podejmowaniu misji na nowych obszarach zupełnie nieznających wiary Kościoła. Tego rodzaju katolicką samosterowność możemy dostrzec u Papieża Franciszka. Czy mógłby się on zatem poddać mizerabilistycznym pokusom świata? Tak, jeśli zaufałaby przede wszystkim sobie i swojemu doświadczeniu – które łatwo pomylić z łaską. To może się zdarzyć szczególnie wobec kryzysu liturgii i rozumienia jej jako kanału łaski przychodzącej z zewnątrz, obiektywizującej obecność Boga. Jezuicki antyliturgizm – czy rzeczywiście? By upewnić się, że genetyczna antyliturgiczność jezuitów jest rzeczywistością, warto zajrzeć do najważniejszych dokumentów Towarzystwa, czyli Konstytucji świętego Ignacego. Już w przedmowie do pierwszego wydania, autorstwa ojca Piotra de Ribadeneiry, znajdujemy rys duchowości samego Ignacego: „On zaś nałożony na siebie i przyjęty obowiązek [napisania Konstytucji dla Towarzystwa] wypełnił starannie, tak mądrze i wiernie, że przez wiele lat tej sprawie się przede wszystkim poświęcił i wśród wielu łez, niezwykle gorących modlitw, codziennego sprawowania Ofiary Mszy świętej wypraszał u Pana namaszczenie Ducha Świętego, aby za Jego wstawiennictwem i pod Jego przewodem dzięki darowi Bożemu osiągnąć mógł to, czego ludzkim sposobem osiągnąć nie potrafił”[15]. Nie znajdujemy tu rozprawy o pożytkach wynikających z liturgii, jednak Ofiara Mszy znajduje się ewidentnie wśród najważniejszych praktyk duchowych Ignacego. Być może wszystkie one mają pewien wymiar praktyczny (zapewniają, względnie, świadomościowo, „upewniają o…” obecności Ducha Świętego), a nie doniośle teologiczny, jednak nie powinniśmy lekceważyć dobrej praktyki świętego Ignacego. W tzw. „Formułach” Instytutu ogłaszanych przez Papieży Pawła III (1540) i Juliusza III (1550) możemy rzeczywiście zobaczyć, że akcent jest położony na sakramentalny wymiar posługi Towarzystwa, a nie liturgiczny: „[Towarzystwo] zostało założone [po to], aby się usilnie starało przyczyniać do obrony i rozszerzania wiary i postępu dusz w życiu i nauce chrześcijańskiej przez publiczne głoszenie kazań, wykłady i inne rodzaje posługiwania Słowu Bożemu oraz przez «Ćwiczenia duchowne», nauczanie dzieci i ludzi prostych chrześcijańskiej wiary, przez niesienie pociechy duchowej wiernym podczas spowiedzi i podczas udzielania innych sakramentów”[16]. W tym samy tekście znajdujemy przyczynę niezadowolenia księdza Hussona: „Wszyscy zaś członkowie, którzy mają być kapłanami, będą zobowiązani do odmawiania oficjum według powszechnego zwyczaju Kościoła, jednak prywatnie, a nie wspólnie”[17]. Ogólne spojrzenie na Konstytucje Ignacego i Towarzystwa Jezusowego może dać złe wrażenie. W całym blisko sześciusetstronicowym polskim wydaniu dokumentów kwestii liturgii poświęcone jest kilka punktów, i to raczej w duchu duszpasterskiego praktycyzmu. Tymczasem w Regule świętego Benedykta na siedemdziesiąt trzy rozdziały blisko dwadzieścia już w swoich tytułach porusza sprawy dotyczące życia liturgicznego. Wydaje się jednak, że za ideą Ignacego nie stała żadna wizja „antyliturgiczna” czy „aliturgiczna”, a raczej przekonanie, że Kościołowi także w ramach powołania zakonnego potrzebne są różne rodzaje zaangażowania. Pozytywny wkład jezuitów w kontrreformację raczej potwierdzałby taką interpretację. W punkcie [586] czytamy: „Ponieważ zajęcia podejmowane dla zbawienia dusz są wielkiej doniosłości, właściwe naszemu Instytutowi i rozliczne, i ponieważ nasze przebywanie w tym czy w innym miejscu jest przygodne, dlatego niech Nasi nie odprawiają w chórze godzin kanonicznych ani nie śpiewają Mszy świętych lub innych uroczystych nabożeństw”. Następne zdanie daje zaraz uzasadnienie takiego rozstrzygnięcia: „Ci bowiem, których do ich słuchania skłoni pobożność, będą mieli wystarczająco wiele możliwości, żeby zadośćczynić swoim pragnieniom. Nasi zaś tym się powinni zajmować, co jest bardziej właściwe naszemu powołaniu”[18]. Widzimy dobrze, że Ignacy pisał w czasach, kiedy publicznie odprawiana Służba Boża była dobrem dostępnym katolikom powszechnie w kościołach rozmaitych zgromadzeń. Równocześnie słabością takiego ujęcia sprawy jest właśnie zauważalny indywidualizm w traktowaniu liturgii. Przywiązanie do niej wynika ze skłonności osobistej pobożności, a nie z jej uniwersalnego znaczenia dla całego Kościoła. Dla całego Kościoła znaczenie ma przede wszystkim sprawcza moc sakramentu ogołoconego z futerału liturgicznego. Tego typu redukcja jest charakterystyczna dla całych dziejów nowożytnego Kościoła – próbę jej przełamania podjęli Ojcowie Soboru Watykańskiego II w Konstytucji o liturgii. Spójrzmy jednak też na pozytywne efekty formacji zaproponowanej przez Ignacego Loyolę, które dają się słyszeć w podejściu do liturgii Papieża Franciszka. Od pierwszych chwil można mieć wrażenie, że przekazał on te sprawy w ręce tych, których uważa za liturgicznie bardziej kompetentnych od siebie. Wspominana Msza inauguracyjna była przygotowana przez księdza Guida Mariniego, ceremoniarza Benedykta XVI, i franciszkanów, których można uznać za dobrą szkołę liturgiczną, w duchu pism samego „Biedaczyny” z Asyżu. Innym istotnym głosem wydaje się wypowiedź, jaką wygłosił ostatnio watykanista Sandro Magister, sugerując, że Papież nie zamierza zmieniać swojego ceremoniarza, „choć ten jest tradycjonalistą”[19]. Może to oznaczać, że sam Papież czuje się „słuchaczem liturgii” i nie zamierza być jej kreatorem. Jeśli tak faktycznie jest, Franciszek przekracza kolejną granicę papieskiej wszechwładzy znanej nam z historii Kościoła w XX wieku. Ale nie jest jednocześnie mizerabilistą. Ubogi Papież jezuita Przykładem zetknięcia się spraw liturgii i ubóstwa był obrzęd obmycia nóg, czyli Wielkoczwartkowe Mandatum. Konstytucje Towarzystwa wyraźnie wzmacniają moralny aspekt duszpasterstwa, co dało praktyczny efekt w spłaszczeniu przez Papieża Franciszka teologicznego sensu tego znaku[20]. Można mieć uzasadnione wątpliwości, czy postawienie takiego akcentu miało swoje źródło we franciszkanizmie. To sugestia mizerabilistyczna wskazująca, że Papież chce zrezygnować z katolickiego głosu w rozumieniu Ewangelii. Podobnie jak wcześniej miał kroczyć na czele destruktorów. Zerknijmy jednak do punktów [636-637] Konstytucji Towarzystwa Jezusowego, gdzie czytamy: „[636] Ponieważ Towarzystwo usilnie stara się nieść pomoc bliźnim, nie tylko udając się w różne miejsca, ale i tam, gdzie na stałe przebywa, na przykład w domach i kolegiach, warto sobie uświadomić, jakimi sposobami można by tam nieść pomoc duszom, aby przynajmniej część z nich wedle możności zastosować w praktyce ku chwale Bożej. [637] Przede wszystkim do tego służy przykład wszelkiej prawości i cnoty chrześcijańskiej przez to, że nasi dbają, by bardziej dobrymi uczynkami niż słowami dawać zbudowanie tym, z którymi przestają”[21]. Gest wobec ubogich ma zatem większe znaczenie dla jezuity niż słowo liturgicznej katechezy. W tym miejscu sprzeciw księdza Hussona wobec „jezuickiego ducha” wydaje się być bardziej zrozumiały – stajemy bowiem oko w oko z zagrożeniem spłaszczenia wiary, o którym traktowały wcześniejsze akapity artykułu. A jednak sam Papież Franciszek wyprowadza ripostę: „Duch tego świata sprowadza chrześcijańską działalność do czynienia społecznego dobra. Jak gdyby życie chrześcijańskie było rodzajem lakieru, patyny. Jezusowe orędzie nie jest powierzchownym nalotem. Ono idzie w głąb do szpiku kości, do serca – i przemienia nas. A tego właśnie nie znosi duch świata i dlatego przychodzą prześladowania”[22]. Kwestia ubóstwa i moralnego przykładu jest chyba właśnie szczególnie ciekawa w tych pierwszych miesiącach pontyfikatu Papieża Franciszka. Pod imieniem świętego z Asyżu został ukryty rzeczywisty i zaskakujący radykalizm ubóstwa, jaki Papież Bergoglio mógł znaleźć właśnie w Konstytucjach przygotowanych przez jego duchowego ojca, czyli świętego Ignacego Loyolę. Już w [4] punkcie czytamy: „Ubóstwo tak pojmować należy, że Towarzystwo nie chce i nie może posiadać żadnych dochodów na własne utrzymanie lub na cokolwiek innego […]. Podobnie (chociaż innym to wolno) za Ofiarę Mszy świętej lub za kazania albo wykłady, lub za sprawowanie jakiegokolwiek sakramentu ani jakąkolwiek inną posługę duchową spośród tych, które Towarzystwo odpowiednio do swego Instytutu może podejmować, od nikogo poza Panem Bogiem, dla którego służby wszystko z czystą intencją czynić powinni, nie mogą przyjmować żadnego stypendium lub jałmużny, które się zwykło dawać jako wynagrodzenie na takie posługi”[23]. W rozdziale poświęconym ubóstwu znajdujemy takie oto uściślenie [554]: „Wprowadzenie nowości w tym, co dotyczy ubóstwa, to dopuszczanie rozluźnienia w sprawie dochodów albo jakiegokolwiek posiadania na własny użytek lub dla potrzeb wyposażenia kościoła czy budowy lub konserwacji budynków, albo też na inny cel, za wyjątkiem tego, co dotyczy kolegiów i domów nowicjatu. Aby w tak ważnej sprawie nie dopuścić do zmiany Konstytucji, niech każdy po złożeniu profesji przyrzeknie wobec Przełożonego Generalnego i wobec tych, którzy przy nim będą, i niech złoży obietnicę w obliczu Stwórcy i Pana naszego, że się nigdy nie zgodzi na zmianę w Konstytucjach tego, co dotyczy ubóstwa, ani podczas Kongregacji, która gromadzi przedstawicieli całego Towarzystwa, ani sam w jakikolwiek sposób nie będzie o to zabiegał (podkreślenie – TR)[24]”. Co więcej, uwagi o ubóstwie zaczynają się zdaniem, którego nie powstydziłby się święty Franciszek z Asyżu: „Ubóstwo należy miłować jako mocny mur zakonu i zachowywać je w jego czystości w takim stopniu, w jakim z pomocą łaski Bożej będzie możliwe”[25]. Nie chodzi zatem o moralizatorską nędzę, ale redukującą sens Kościoła, o nadprzyrodzoną cnotę pójścia dalej „w takim stopniu, w jakim z pomocą łaski Bożej będzie możliwe”. Dopełnienie Niezależnie, jak wiele Not uzupełniających kolejne jezuickie Kongregacje dodały do tych punktów, wciąż czyta je każdy jezuita, ponieważ Konstytucje Ignacego zachowują swoją integralność – zmieniają się tylko przypisy wprowadzające kontekst danego czasu. Czytał je zapewne wielokrotnie także ksiądz, biskup, prowincjał, kardynał, a potem Papież Bergoglio, teraz już Franciszek. [1] Pod koniec maja pojawiła się koncepcja, że Papież Franciszek jest jak Jonasz. Pytanie tylko, czy jest on równie oporny jak Jonasz w słuchaniu głosu Bożego, a Kościół równie pogański jak Niniwa. Mam też nadzieję, że Papież nie będzie siedział i czekał, aż gniew Boży zmiecie Kościół, jak to miał uczynić z Niniwą wedle oczekiwań proroka. S. Duda, Wyjść jak Jonasz do Niniwy. Nowy Kościół papieża Franciszka?, „Więź”, 2(652)/2013. [2] Ks. F. Husson, Les Jesuites et la liturgie, La Barrette de St-Pierre des Latin – Bulletin de membres de la Communaute Summorum Pontificum – Diocese de Nancy et de Toul, N. 44, avril 2013; [dostęp [3] J. Maritain, Religia i kultura, przeł. Halina Wężyk-Widawska, Fronda, Warszawa 2007, ss. 79-87. [4] M. Jurek, Zamęt historii nie mija sam, „Rzeczpospolita”, [dostęp [5] O wolności religijnej w nauczaniu Soboru Watykańskiego II pisaliśmy w „Christianitas” nr 50/2012. [6] O tym, jak zło potrafi podszywać się pod prawdę, trafnie pisał w F. Hadjadj w swojej znakomitej książce Wiara demonów, przeł. M. Żurowska, Esprit, Kraków 2012, s. 32: Szatan równie dobrze mógłby powiedzieć: Zostało napisane: «Miłuj bliźniego swego jak siebie samego, a więc śpij z dziewczyną, która Cię pragnie». Albo: «Znieważaj ojca swego i matkę swoją, gdyż zostało napisane: ‘Samemu Bogu będziesz oddawał cześć’». [7] Inspiracją dla wyrażenia zdeklasowani było dla mnie socjologiczne pojęcie podklasy (underclass). [8] O społecznych mechanizmach dystrybucji wykluczenia i tabu można przeczytać w: J. Tokarska-Bakir, Energia odpadków [w:] M. Douglas, Czystość i zmaza, przeł. M. Bucholc, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2007, ss. 32-38. [9] W kwestii rezygnacji Kościoła z publicznej obecności w świecie zawsze warto polecić dwa teksty Thomasa Molnara, Kościół u progu końca wieku, „Christianitas” nr 45-56/2011 oraz Średniowieczne początki sekularyzacji politycznej, „Dialogi polityczne”, nr 8. [10] Św. Franciszek z Asyżu, List do duchownych (redakcja pierwsza) [w:] tenże, Pisma św. Franciszka z Asyżu, przeł. O. Kajetan Ambrożkiewicz OFM Cap., Ojcowie Kapucyni, Warszawa 1990, s. 168. [11] Bądźcie w pełni świadomi, że szlachetna prostota, o której mówi Sobór, nie jest niechlujstwem, lecz Pięknem przez duże P, [dostęp [12] Krótki zarys jej dziejów i wpływu można przeczytać w przedmowie ks. Jana Twardowskiego do wydania przygotowanego przed laty przez Instytut Wydawniczy „Pax” w tłumaczeniu Anny Kamieńskiej. [13] 1539 r. [14] Por. C. S. Lewis, Odrzucony obraz. Wprowadzenie do literatury średniowiecznej i renesansowej, tłum. W. Ostrowski, Znak, Kraków 2008, rozdz. Epilog. [15] Konstytucje Towarzystwa Jezusowego wraz z przypisami Kongregacji Generalnej XXXIV oraz Normy uzupełniające zatwierdzone przez tę samą Kongregację, Polskie Prowincje Towarzystwa Jezusowego - Wydawnictwo WAM, Kraków – Warszawa 2006 (dalej KTJ), s. 20. [16] KTJ, ss. 29-30. [17] KTJ, s. 37. [18] KTJ, [586], s. 202. Przywołajmy jeszcze drugi z punktów… [587]: Gdyby w jakichś domach lub kolegiach uznano to za wskazane, można by w tym czasie, kiedy się zwykło wieczorem głosić kazania lub prowadzić wykład, odmówić same nieszpory, żeby zatrzymać wiernych przed takimi wykładami czy kazaniami. Tak też będzie w niedzielę i w dni świąteczne: bez śpiewu zrytmizowanego i chorałowego, jak to nazywają, lecz w jakimś tonie nabożnym, miłym i prostym, a to w tej mierze i w tym celu, żeby lud pobudzić do częstego przystępowania do spowiedzi, słuchania kazań i wykładów, a nie inaczej. W tym samym tonie można odprawiać w Wielkim Tygodniu liturgię, którą się zwykło nazywać Ciemną Jutrznią. Na Mszach głównych, które będą czytane, wolno dla pobożności i przystojności pozwolić na asystowanie jednemu lub dwóm ubranym w komże odpowiednio do tego, co będzie w Panu możliwe, [587], ss. 202-203. [19] S. Magister, Tra confidenze ed esorcismi, un Francesco tutto da decifrare; [data dostępu [20] Temat ten omawia Tomasz Dekert w artykule Mandatum, czyli – paradoksalnie – o nieposłuszeństwie jako miłości. [21] KTJ, ss. 220-221. [22] Patrz tutaj: [data dostępu [23] KTJ, [4], s. 48. [24] KTJ, [554], s. 194. [25] KTJ, [553], s. 194.
Benedykt XVI na zawsze zapisze się w historii jako papież, który abdykował. Od tego momentu rzadko się udziela, ale kiedy już to zrobi, bywa przerażająco. Tym razem słów byłego Ojca Świętego prawdopodobnie nikt nie zapomni. Benedykt XVI swoją abdykacją wywołał wiele kontrowersji. Papież od tego momentu pozostaje w odosobnieniu, z daleka od blasku fleszy. Czasem jednak zgadza się na wypowiedzenie paru słów do reporterów. Kiedy ma to miejsce, często następuje Benedykt XVI ponownie zdecydował się na udzielenie wywiadu. Rozmawiał z nim niemiecki dziennikarz Peter Seewald. To, co usłyszał od byłego papieża mocno nim wstrząsnęło. Rozmowa ta miała posłużyć za materiał na nową biografię emerytowanego Ojca Świętego, ale odbiła się echem po całym świecie. Benedykt XVI jest zdania, że siła zjawisk jakimi są homoseksualne małżeństwa i aborcja to znak duchowej siły Antychrysta. To znak duchowej siły Antychrysta. Dzisiaj ten, kto mu się sprzeciwia jest ekskomunikowany ze społeczeństwa. To samo odnosi się do aborcji i tworzenia istot ludzkich w laboratorium - stwierdził poprzedni Ojciec Święty, który zrezygnował z urzędu 7 lat słowa wywołały medialną burzę. Przytoczył je konserwatywny amerykański portal Life Site News, a za nim w niedzielę włoski dziennik "La Repubblica". Benedykt XVI w tej samej rozmowie powiedział: "Sto lat temu każdy uznałby za absurd rozmowę o małżeństwie homoseksualnym". Współczesne społeczeństwo jest w trakcie formułowania antychrześcijańskiego credo, a jeśli ktoś się mu sprzeciwia, jest karany przez społeczeństwo ekskomuniką - oświadczył Benedykt się z jego słowami?
czy papiez franciszek to antychryst